„Fun only in retrospect, hateful when it’s happening”.

Dzisiaj będzie o przyjemności.

Przez P jak Pandemia, wiele się zweryfkowało w kwestii szeroko pojętej przyjemności. Zamknięcie w domu odebrało magię wielkim miastom, korpo open space przestał kojarzyć się z kawą z ziomkami z pracy a niektórzy po utknięci w małych mieszkankach z tęsknotą wspominali swój poranny czas poświęcony na dojazdy (jak się mówi commute po Polsku?). Widzę to zresztą po sobie bardzo wyraźnie bo mieszkam w centralnej strefie wielkiego miasta, w maleńkim mieszkanku (aka. Iglo) które było wybierane po to żeby mieć jak najbliżej do pracy, a nie pod kątem dostępności natury czy relaksującego aspektu dzielnicy.

Złożył się zatem wachlarz moich oczywistych weekendowych przyjemności takich jak targ kwiatowy w niedziele, przedzieranie się przez tłum w drodze do trójkąta muzealnego czy jedzenie lodów z automatu w ciastku w kształcie ryby . Ale prawdę mówiąc, poza troską o bliskich, sporo w głowie namieszało mi to, że, po miesięcznej przerwie spowodowanej zdrowiem, nie mogłam wrócić do sportu. Kompletnie się własnej reakcj nie spodziewałam.

Na etapie kiedy wybuchła pandemia trenowałam Crossfit już dwa lata, miałam stały box do którego chodziłam, grupę znajomych z treningów i rutynę dzięki której myślałam ciepło o poniedziałku (ciężary i przysiady). W moim przypadku rutyna, stała grupa i ta sama miescówka wyćwiczyły nie tylko całkiem niezłe ramiona ale też psychiczny komfort. Coś co się poskładało totalnie na przełomie marca i kwietnia.

Crossfit to nie jest łatwy sport. Raczej coś co onieśmiela i wykańcza przy pierwszym kontakcie, a później już tylko frustruje i wchodzi na ambicje. Wymagający sport jest tak zwanym Type 2 Fun. To jest dla mnie totalnie nowe pojęcie, którego znaczenie bardzo czułam na własnej skórze, ale którego definicji nigdy nie słyszałam.

W skórce, Type 1 Fun rozumiem jako coś co jest taką frajdą oczywistą, wręcz trochę z przyzwoleniem społecznym. Podróże w ciepłe miejsca, picie drineczków, jedzenie dobrego jedzenia, wszyscy to lubimy, kaźdy rozumie,że się dobrze bawisz to robiąc. To czego nie każdy rozumie to to, że możesz stracić paznokcia, przemarznąć do szpiku kości i zachorować, że możesz się upocić i urobić, nieźle się wkurwić… a potem z nowym entuzjazmem wrócić do tej mozolnej mordęgi kolejnego dnia. To zjawisko rozumiem jako Type 2 Fun. To jest ta czynność która jest ciężka, dociska Cię jak but ziemię aż piszczysz, ale kiedy ją wykonasz czujesz, że dokonało się coś wielkiego. I, że chcesz to powtórzyć. I nie musi to być tylko sport, to może być hobbby, wymagający projek, grunt, że chcesz do tego wrócić mimo, źe w momencie wykonywania wcale nie jest super komfortowo. W tej zabawie czujesz, że satysfakcja potrwa dłużej niż tylko do końca filmu, powrotu z wakacji albo dna szklanki. Ta zabawa buduje charakter.

Oczywiście, warto dodać, że rozmawiamy o czymś co jest wyborem i zabawą. Cokolwiek ktokolwiek by nie mówił, cierpienie nie uszlachetnia i żadne średniowieczne brednie mnie nie przekonają, że jest inaczej. W opisanym zjawisku osią na której się zasadza ten koncept jest wolny wybór a dyskomfort jest kontrolowany albo chociaż planowany i wpisany w koszty. Jeśli dyskomfort sprawia cieprienie, warto sięgnąć po specjalistyczną pomoc.

Przez słowo na P, zgubiłam swoje Type 2 Fun związane z aktywnością fiyzczną i jestem na etapie odnajdywania go. Wygląda na to, że T2F AD2020 będzie bieganie. Z bieganiem mam na pieńku od lat. Od lat, niezmiennie wydaje mi się atrakcyjne a kiedy przychodzi co do czego to okazuje się, że bieganie to teflon na moją skromną osobę. Od zeszłego tygodnia jestem w kolejnym cyklu oswajania biegania i swojego dyskomfortu. Jest zimnawo, w pracy stresująco a dookoła szaleje pandemia, ja jestem nie w formie i wolałabym być na siłowni. Ale mam ze sobą układ.

Czas się trochę zabawić.

Photo by Charles Deluvioon Unsplash

Author: K

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *