Photo by Greg Rakozy on Unsplash

“How are you doing? And now, how are you really doing? I’ve heard you should always ask twice.”

Piszę tę notatkę po dwóch solidnych godzinach pracy. W sobotę, po to by bez wyrzutów sumienia zacząć tygodniowy urlop w przyszłym tygodniu. Urlop właściwie bardziej od mieszkania niż od pracy, chociaż nie ukrywam, chętnie nie będę uczestniczyła w pokazie wydajności i szybkości w odpowiadaniu na maile.

Jak się miewam? W porządku. A tak serio? Nie wiem.

Pamiętam takie zdanie które kiedyś zobaczyłam na mojej motywacyjnej tablicy na Pitnerest, tablicy swoją drogą pełnej przeterminowanych sloganów. Sloganów, które, w dobie body-positivity, gdzie czytanie, że jak się pocisz jak świnia to będziesz wyglądać jak lis(ica?), trącą lekką nutką żenady. Wracając do tematu, zdanie na którym się zawiesiłam w tym tygodniu to upomnienie, że kiedyś marzyłam o tym wszystkim co teraz mam, i że mam o tym nie zapominać. I jest to zdanie tak samo ważne jak i frustrujące.

Bo jak się nad tym zastanowię, osiągnęłam wiele z tego o czym marzyłam z mojego pomarańczowego pokoju w warminsko-mazurskim. Mam taką stop-klatkę w mózgu, która liczy sobie już prawie 20 lat, gdzie przeglądam gazetę z ofertą zagranicznych uniwersytetów. Jest piękny dzień, słonce swieci, ja je widzę tylko troche bo przegrałam z bratem rzut monetą o większy i jaśniejszy pokój, i myślę sobie, że byłoby totalnie spoko studiować za granicą. Pamiętam też lekki ścisk wszystkich wewnętrznych organów, ktory sugeruje, że czuję mocno byłoby nawet bardziej spoko niż tylko spoko. Parę lat pózniej będę czuła ten sam ścisk, trochę mocniej, kiedy w wakacje dostane dużą kopertę z działu przyjęć amerykańskiego uniwersytetu do którego dostałam się na stypendium. Ścisk będzie o tyle znamienity, że będzie oznaczał wybór między związkiem a marzeniem. Wybrałam marzenie, zapłakana, mówiąca, że tego nie chcę.

Warto się cieszyć tym co się ma bo to czesto i gęsto jest to o czym marzyliśmy od jakiegoś czasu. Zakładając, że włożyliśmy w marzenie trochę energii, starań i odpowiednich ninja ruchów by przekłuć je w plan. To jednak nie oznacza, że mając już nigdy nie należy mi prawo do narzekania, na timing (który ponoć w życiu jest wszystkim) albo na to, że życie swoim marzeniem przez 100% czasu to jednak trochę intensywny sport.

Przykład?

Małe, ciasne ale wynajmowanie samodzielnie mieszkanie w centrum dużego miasta, w którym można spędzać introwertyczne weekendy bez wychodzenia z domu z kochającym partnerem. Raj na ziemi pół roku temu.

Po 6 miesiącach zastoju i nie oglądania innych miejsc, mała głośna klitka w której dzieje się wszystko od pracy, przez relaks i siłownię po związek i dysputy o tym ile zapasów żywieniowych to wystarczająco dużo.

How are you doing? Uwielbiam to igloo w którym żyję. And how are you really doing? Uwielbiam je ale chetnię pojadę do wynajętego domku nad morzem żeby pożyć większą przestrzenią.

Trochę tak jak w tym wybitnym dziele które przypomina, że za co za dużo to niezdrowo (transkrypt dla wzrokowców tu).

Cytat tytułowy zasłyszany w trakcie oglądania Kay Burley @Breakfast, Sky News.

Photo by Greg Rakozy on Unsplash

Author: K

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *