Dajcie tu jakąś muzyczkę

Zmiana pracy (o której wspominałam tu) zmieniła rozkład mojego dnia i to w jaki sposób porządkuję sobie zadania. Przeszłam zgrabnym ruchem z dni szczelnie zamurowanych catch-upami, team callami i project updateami, w długoterminowe zadania i w wyznaczanie sobie samej rytmu dnia i częstotliwości spotkań (co jest swoją drogą odrębnym tematem do obserwacji). Jedyne co się nie zmieniło, i co właściwie, jak odkryłam ze zdumieniem, raczej się nie zmienia, to fakt, że do koncentrowania się potrzebuję tła, czegoś w słuchawkach co nadawałoby mojej pracy miarowości. Ale to, bynajmniej, nie jest byle co ani przypadkowa zbieranina dźwieków. Już tłumaczę.

Ale najpierw, szybka anegdotka z nie tak odległej przeszłości – na początku swojej przygody z korpo-życiem, trafiłam do biurowca w centrum Warszawy a co za tym idzie, do biura pełnego “młodych, wykształconych, z wielkich ośrodków”… Młodych, wykształconych i, na moje nieszczęście, ciągle coś mówiących. Moim wspomnieniem z tego okresu jest biuro które zapamiętałam jako rozsierdzony ul pełen rozzłoszczonych pszczół. Wprawdzie, praca w korpo pojawiła się w moim życiu po rocznym epizodzie pracy w szkole podstawowej (temat na przyszłość, note to self) ale mimo wszystko do wrzeszczących dzieciaków było przypisane jakieś człowieczeństwo, w przeciwieństwie do ciągłego, niezidentyfikowanego szumu komunikacyjnego na open space na 8 piętrze szklanego budynku. Kiedy teraz o tym myślę to zbyt wolno ogarnęłam dwa tematy związane z pracą w biurze – lunche i funkcjoniwanie na open space, w efekcie czego szybko przytyłam i byłam wiecznie zmęczona i przebodźcowana. Przywyczajenie się do tego typu pracy kosztowało mnie tak dużo, że przez pierwsze tygodnie po skończonym dniu zasypiałam w ciuchach na łóżku o 9 wieczorem.

Problemy w zasadzie były dwa: pierwszy to fakt, że ciągle mimochodem rejestrowałam rozmowy dookoła i poświęcałam im okruszki uwagi co kosztowało mnie energię i utratę koncentracji; drugi to fakt, że nie umiałam się wyciszyć i odciąć od tej burzy komunikacyjnej i skupić na moich zadaniach.

Z pomocą przyszły słuchawki i słuchanie muzykiw godzinach pracy. Open space to nie jest miejsce dla amatorów, wszędzie czycha zagrożenie w postaci koleżanek proponujących kawę, szefa obserwującego zza monitora ile razy wstajesz i kolegi z zespołu łapiącego wzrok bo chce Cię wciągnąć w przejęcie jego zadań. Ale nawet po ogarnięciu, że mogę użyc słuchawek i się odciąć, zajęło mi trochę czasu skumanie, że nie mogę też po prostu słuchać jakiejkolwiek muzyki… Bo ona też mnie dekoncentruję, bo wzbudza emocje czy słucham słów.

Po dekadzie w korpo mogę powiedzieć, że mam już metodę i potrafię się skupić i nadać pracy tempa. Wprawdzie w zeszłym roku wydarzyło się niemożliwe i nagle korpo zycie przeniosło się do kuchni nas – pracowników więc i reguły gry i rozpraszacze uległy zmianie, mam tego (bolesną) świadomość. Jednak niezależnie czy siedzę na wściekłym open space czy sama w domu na home office, gdzie cisza dzwoni mi w uszach a lodówka jest blisko, wciąż używam tego samego life hacka.

A zatem, presenting:

THE BEST OF MOJA MUZYKA DO PRACY

  1. Na nudne zadania: Zacznijmy od początku. Jesteśmy w Warszawie, a ja się nie mogę zabrać za jakieś zadanie które ostro prokrastynuję. Koleżanka z biurka na przeciwko zarzuca temat, że jak pracuje w akompaniamencie minimal techno to robota idzie jej szybciej. Próbuję. Mnie minimal techno wprawia w nerwowość. A co mnie nie wprawia w nerwość? The XX które niedawno odkryłam. A szczególnie “Intro”. Roboty miałam sporo zatem naturalną koleją rzeczy było że jak już się skupiłam to chciałam ten stan utrzymać. Dlatego złotym sposobem stało się zapętlenie utworu. Polecam do głębokiej koncentracji – moim zdaniem utwór posiada dobrą proporcję napięcia do relaksu. Dobry do nudnych, żmudnych zadan – szybko zapomina się o muzyce w tle ale rytm pozostaje i popycha pracę do przodu.
The XX- Intro (seamless edit)

2. Na straszne zadania: Momentem pośrednim w moim pracowym życiu okazała się przeprowadzka do Londynu. W ciągu miesiąca podjęłam decyzję i spakowałam manatki, co w skrócie oznacza, że zaczynając nową pracę w firmie gigant, na początku opierałam się na wypróbowanych metodach z Warszawy. W ostatniej warszawskiej firmie nauczłam się od dobrej znajomej najważniejszej zasady pracy nad trudnymi zadaniami które nas przerastają – co by zrobiła najbardziej “badass” postac którą podziwiasz? Zrób to tak jak ona.*

Przez pierwsze miesiące czułam się dość przytłoczona ilością i złożonością pracy. Sięgałam dość głęboko wewnątrz siebie żeby przywołać jakieś mocne archetypy o które mogłabym się oprzeć. I z tego gmerania wyłonił się … Wiedźmin. Którego czytałam jako nastolatka – widać zawsze chciałam być trochę takim Geraltem z Rivii. Szybko okazało się, że gra Wiedźmin 3 ma całkiem mocny soundtrack, trochę plemienno pierwotny, idealnie pobudzający moje poczucie sprawczości. Uczepiłam się go i szybko zaprzęgłam do zadań w których nie czułam się mocna, po to żeby dodać sobie animuszu.To było moje, za grą, combat theme do zwalczenia różnych praco koszmarków . Miarowe, ciężko tempo tej muzyki mocno mi pomogło przy wypełnianiu raportów. Mam w głowie wyryte wspomnienie kiblowania w biurze po godzinach nad excelem ze Steel for Humans w słuchawkach. Polecam do pracy z numerami, raczej nie sprawdziło mi się przy pisaniu raportów i ewaluacji (zapewne przez folkowe zaśpiewy). Do znalezienia jest też 10h wersja na wyjątkowo cięzkie dni. Dzięki Geralt!

Fun fact: poleciłam ten sposób kiedyś koledze, który skwitował to stwierdzeniem – ale Ty masz dziwny gust muzyczny 🙂

Fun fact 2: Ten utwór da się wyszukać po frazie “banana tiger” 😀

(*Wtedy mnie to trochę bawiło, teraz dla odmiany wydaje mi się, że to zjawisko w psychologii zwane Observational Learning.) Chyba…

The Witcher 3 OST – Steel for Humans

3. Na niekonczące się zadania: Przy zmianie trybu pracy wynikającym z pandemii, złapałam się na tym, ze pracuję coraz więcej i jestem coraz bardziej zestresowana. Pomijając złożoność wpływu pracy z domu na samopoczucie i psychikę pracowników, na mojej mikro skali okazało się, że przestało do mnie docierać, że w mojej branży nigdy nie osiągnę stanu “wszystko ogarnięte”. Siedziałam przy komputerze coraz dłużej, bo przecież nie muszę tracic czasu na podróże do biura, i dojeżdżałam się kolejnymi “jeszcze tylko to, żeby jutro zacząć bez zaległości” (stan nieosiągalny, przypominam). Bardzo nie polecam tego rozwiązania jako sposobu na życie, ale jeśli istnieje krótkoterminowy projekt na który trzeba poświęcić chwilowo wiecej czasu i podłubać po godzinach pracy, to znam całkiem niezły soundtrack. Jest bez słów (dobry do każdego rodzaju roboty do przewalenia), trochę tajemniczy, trochę mroczny i troszkę sexy. Akurat na upojny wieczorek przy excelu.

Mój absolutnie ulubiony utwór z tej listy sprawia, że czuję się jakby robiła coś ważniejszego niż walczenie z tabelami przestawnymi.

Night Music — Deep Bass — Downtempo Mix

4. Na rozproszenie i dzwonienie w uszach: Moim najnowszym odkryciem jest Lo-Fi i stacje które nadają live, co znaczy, tyle, że nie musze już dusić przycisku “repeat” żeby wejść w jako taki stan skupienia. Pracuję z domu więc kiedy mój mózg zaczyna wymyślać ciekawsze rzeczy do roboty..niż robota, włączam sobie taki lo-fi kanał i nie czuję się już jak najbardziej nieszczęśliwy człowiek na świecie. Ostatnimi czasy lubię się bardzo z kanałem poniżej – ma dobrą proporcję optymizmu do wyważenia, co oznacza tyle, że miło mi kiedy go słucham ale nie wprawia mnie w stan efuorii, gdzie wyobrażam sobie, że jestem gwiazdą teledysku. Utwory są opisane więc jeśli coś mi się wyjątkowo spodoba to mam szansę to znaleźć (nie tak prosta sprawa przy muzyce elektronicznej).

Fun fact: Słucham tego kanału w tej chwili, pisząc ten wpis.

Chillhop Radio – jazzy & lofi hip hop beats 

Cytat tytulowy: Seksmisja

Zdjecie: Photo by insung yoon on Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *