Once a filolog, always a filolog

Spieszę donieść, że nareszcie obejrzałam “The Green Knight”! A bardzo chciałam ten film obejrzeć od kiedy zobaczyłam zwiastun.

Reżyseria Dawid Lowery, luźna adaptacja “Sir Gawain and the Green Knight, legenda z obszaru legend arturiańskich, film obecnie dostępny w UK na Amazon Prime za darmoszkę. Link do trailera jest tu.

Mamy ogarnięte podstawy? Mamy. To lecimy.

Słowem wstępu – z wykształcenia jestem filologiem. Dużo różnych ciekawych (i mniej) rzeczy robiliśmy na filologii angielskiej jednak jak dla mnie najciekawszą była literatura brytyjska w pierwszym semsetrze pierwszego roku. Po pierwszym roku niestety różnie to już bywało, łącznie z przysypianiem w trakcie oglądania sztuk Szekspira (tylko bez oceniania – sala była ciepła, sztuka nudna, światło było zgaszone).

Tak więc byłam zajarana literatura brytyjska, najchętniej taką staroangielską co spotkało się z totalnym brakiem zrozumienia moich współtoważyszy żaków (ktoś tak jeszcze mówi?). Sama się w sumie zdziwiłam ale jak się teraz nad tym zastanawiam to była chyba wypadowa mojego uwielbienia do mitów, podań, baśni i ciekawej, charyzmatycznej prowadzącej. Mam np. bardzo dobre wspomnienia z omawiania Beowulfa, mimo, że możemy śmiało sobie powiedzieć, że nie rozumiałam zbyt wiele z tego poematu czytając go jako pierwszą lekturę na pierwszym roku, a kiedy wjechały wstawki dialekcie zachodniosaskim języka staroangielskiego to mój mózg ekslodował. Ale co z tego, skoro tak bardzo wtedy stymulowało mój mózg rozkminianie losów Grendela i jego matki, że pamiętam to do dzisiaj.

Na tejże samej fali omawiania literatury brytyjskiej dotarliśmy w naszym curriculum na Sir Gawain and The Green Knight. Niewiele pamiętam z samego momentu czytania tego 14 -wiecznego poematu, poza tym, że bohater (Gawain) miał przed sobą różne misje, taski do wykonywania, które miały go poddawać próbom i sprawdzać. Już sam ten motyw wprowadza mnie w dobry nastrój, bo historie drogi przebywanej przez bohaterów to moje ulubione historie. Dorzućmy do tego rozbudowaną symbolikę, drogę pokonywaną zarówno fizycznie (podróż) jak i psychicznie (dojrzewanie, i różne przewrotne motywy, i mamy całkiem sprawną sprawną przypowiastkę o cnotach rycerskich, moralności i odwadze.

I teraz, jest 11 lat od ukończenia moich studiów, jestem zgorzkniałym korpo-robocikiem, jest Halloweenowy wieczór a ja zabieram się za oglądanie adaptacji Lowery’ego… I jestem zachwycona… I ten zachwyt rośnie z minuty na minutę… Jest trochę przewrotnie (średniowieczny rycerz na Camelot grany przez Deva Patela), jest trochę creepy (ścieżka dźwiękowa, wchodzi pod skóre), trochę inaczej niż w oryginale, trochę niskobudżetowo w porównaniu z innymi adaptacjami legend arturiańskich, a jednocześnie tak bardzo klimatycznie.

Złapałam się w którymś momencie na tym, że sama do siebie w myślach gadałam w trakcie seansu, że “ej to jest jakieś dobre, co nie?”. Nie wiem jak powiedzieć coś o tym filmie, żeby nie popaść już w totalnie grafomaństwo więc może uporzadkuję moje myśli w pięć podpunktów w których zawrę to co mnie urzekło w tej ekranizacji a później to już niech się dzieje wola nieba kto to obejrzy.

Dlaczego zachwyciłam się Sir Gawain and The Green Knight w 5 punktach.

  1. Symbolika – ten film jest naszpikowany symboliką, która mam wrażenie dzieje się na kilku poziomach – takim bardziej przystępnym i takim troche bardziej zaowalowanym. Dla mnie, jako miłośniczki łączenia kropek, to było jak prysznic mózgu, jak rozwiązywanie medium-advanced krzyżówki panoramicznej gdzie trafiam co jakiś czas na jakieś hasło i cholera nie wiem co tam wpisać i musze to rozkminić. Kto tego rycerza wezwał, kim jest kobieta z przepaską na oczach, dlaczego Alicia Vikander pojawia się dwa razy, czy Gawain jest na haju, co tam się kurde wydarzyło na końcu? Cały czas trybiki w mojej głowie się ruszają i ja to uwielbiam.
  2. Przewrotność – bo nie jest tak jak w poemacie, koniec ma podwójne podkręcenie i część motywów się nie zgadza. Ten punkt to dość ważny aspekt dla mnie, osoby która uznała, że już wszystkie rozumy pozjadała bo przeczytała ten poemat raz 16 lat temu 🙂 Ten film to taki trochę kameralny horror, trochę przypowieść filozoficzna, trochę fantastyka. Atakuje zmysły kilkutorowo.
  3. Realizacja – (moim zdaniem) jest to film bardzo klimatyczny. Nastrój, gra aktorska, muzyka i piękne kadry robią robotę którą niekoniecznie zrobiłby wielki budżet, gdyby nie sprawna reżyseria. Niektóre zakrzyki ze ścieżki dźwiękowej stawiały mi włosy na rękach. Film w kadrach jest jak obrazy. Reżyser momentami dwutorowo prowadzi akcję, bawiąc się czasem i oczekiwaniami widza. Jak dla mnie “chef’s kiss”
  4. Historia o dojrzewaniu i wyborach – Bardzo spodobało mi się stwierdzenie w tej recenzji, że Gawain to taki “wannabe” rycerz, który dostaje szansę żeby się ogarnąć i zrobić coś co ustawi go w pewnej pozycji w oczach świata. Ale czy on wie co on robi, czy wie dlaczego to robi, czy wie na co się pisze? I kim i czym jest do cholery ten Zielony Rycerz i czego chce? (W ogóle polecam tę recenzję bo się z nią zgadzam i oglądałam ją już ze trzy razy).
  5. Korony (kostiumy) – zasługują na osobne wyróżnienie. Wyglądają jak aureole świętych na średniowiecznych ikonach. Za kostiumy do filmu odpowiadała Małgosia Turzyńska więc jest też patriotyczny akcent, dla osób zainteresowanych wkładem polaków w dziedzictwo filmowe. Niby szczegół ale za każdym razem kiedy je widziłam na ekranie ogarniał mnie *mood*

Już sama nie wiem jak się przestać zachwycać tym filmem. Jeśli te argumenty nie stanowią o sile filmu, to niech stanowi o niej to, że oglądałam go kiedy pralka wirowała pranie, mój chłopak pracował przed komputerem w tym samym pokoju i narzekał, że on to w sumienie przepada za takimi filmami a ja odkładałam wyjście do kosmetyczki na paznokcie żeby go dokończyć. Takie rzeczy się nie zdarzają.

Zdjęcie pochodzi z: https://unbound.com/books/sir-gawain/updates/cover-design-for-sir-gawain-and-the-green-knight

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *