“Yo, I’ll tell you what I want, what I really, really want”

Prawdę mówiac, mam za sobą interesujące ostatnie pół roku, obfitujące w różnego rodzaju zmiany i przepoczwarzanie, łącznie ze zmianą zatrudnienia. W październiku chaos trochę przycichł, pewne tematy się wyprostowały i pojawiła się przestrzeń na … porządki! Porządkowanie rzeczywistości i próby ogarnięcia tego co się właściwie dzieje z moimi dniami. Po miesiącach nieogarniania, jak ja sobie teraz ogarniam – work/life balance edition.

Od momentu kiedy przestałam pracować w oku cyklonu, okazało się, że jakiś czas temu z wykonywanej pracy zarobkowej zrobiłam sobie cechę charakteru i uznałam, że to mi wystarczy jako racjonalizacja tego, że właściwie na nic innego nie mam czasu i energii. Bo praca to ja, a ja to praca wiec hello, przecież ręki sobie nie utnę, oka nie wydłubię.

Od kiedy jednak nie jestem już pasażerem w helikopterze w ogniu, okazało się, że owszem ręki sobie nie utnę, ale przeświadczenie, że to normalne i pożądane, że praca szczelnie wypełnia każdą godzinę mojego dnia, może zgrabnie odpaść ode mnie jak jaszczurce ogon.

Ogon najpierw przysychał bo zanim odpadł potrzebna była do wykonania praca odnośnie granic i lekki detoks z przekonań, a to zajęło trochę czasu.

Ale o tym innym razem.

Na ten moment pomyślałam, że uwiecznię sobie to jak sie usiłuję ogarnąć, jak się otrzepuję z umysłowego kurzu i jak sama siebie obserwuję, żeby zobaczyć co ja właściwie robię i co chcę robić…a co mi się wydaje, że chcę / powinnam realizować bo ktoś fajny tak robi, to i ja też.

Warto zacząć od tego, że, w moim świecie frazy typu “Bądź sobą” czy “Rób to co uwielbiasz” albo, moje ulubione, “Realizuj swoje pragnienia” , są bezwartościowe ponieważ, uwaga…. ja nie wiem. Nie wiem ani co uwielbiam ani jakie mam pragnienia które chciałabym realizować. Czasami sobie myślę, że dowiem się w sumie kiedy spróbuję, tylko czy ja mam tyle czasu czy zasobów żeby wszystkiego próbować? Owszem, kiedy jestem na wakacjach próbuję nowych rzeczy np. snorkelingu i sie ze zdumieniem odkrywam, że lata oglądania Davida Attenborough i jego programów o życiu podowdnym wcale się nie przekładają na komfortowe poczucie pod wodą kiedy znosi mnie oceniczny prąd a rurka zapycha się słoną wodą. I wcale nie jest fajnie. Pojawia się zatem pytanie – czy ja na serio chce próbować wszystkiego?

Nie od dzisiaj wiadomo mi, że najlepszą metodą na samą siebie którą stosuję, jest branie się sposobem. Przykład: wiem np, że szybko się nudzę ale też wiem, że jak coś lubię, to nie ma przebacz, korzystam z tego z uporem maniaka. To o mnie są te memy , że ktoś słucha tej samej playlisty od 2004 roku. Więc mam i szybko rotującą playlistę na nudę, i playlistę kołderkę bezpieczeństwa na gorsze nastroje. Kupuję do jedzenia i nieśmiertelne samograje (hummus forever) ale też na każdych zakupach biorę coś czego nie znam żeby to przetestować. Chodzę w kółko na spacery po jednej dzielnicy albo do jednego parku, ale zbaczam z trasy regularnie żeby popatrzeć na nowe witryny albo kupić inną kawę niż ostatnio.

Jak to się przekłada na próby odgadniecia, o co mi chodzi – pod spodem moje sposoby na siebie na sezon AW 21/22.

  1. Bądź sobą

Jest to temat rzeka i nie wiadomo w ogóle jak w niego wejść więc uznałam, że zaczę od dupy strony czyli od szybkich, nieprzemyślanych, emocjonalnych decyzji na małą skalę. Np, jako osoba wybitnie nie w kontakcie ze sobą po latach zagłuszania paraliżującego stresu i idiotycznych sytuacji poza moją strefą komfortu, uznałam, że zaczę intencjonalnie unikać rzeczy które wywołują we mnie ponadprzeciętny dyskomfort. Mam smuteczek po podcascie – więcej go nie słucham, źle się czuję jak oglądam filmiki na youtube o jakiejś tematyce – wypad, śledzenie jakiejś osoby na insta mnie wprawia w dziwny nastrój – unfollow (i nawe ich o tym nie informuję ;)). W ten sposób z wachlarza moich rozrywek wypadły filmy historyczne (dyspensa dla partnera na samotne seanse), seriale true crime, brutalne programy (nie tknęłam Squid Game), ludzie otwarcie atakujący innych ludzi a nie idee. Nie chodzi mi o tworzenie pluszowego świata i dryfowanie w toni różowych bąbelków, wciąż oglądam serwisy informacyjne i interesuję się polityką. Róznica polega na tym, że nie wdaję się w gadki gdzie z uprzejmości wysłuchuję jakichś pierdół, oglądam przeróżne treści do momentu kiedy czuję opór* (tutaj potrzebna była praktyka wyczucia gdzie jest opór i jak go poczuć), zaakceptowałam FOMO, i to że pewnych rzeczy nie chcę pamiętać w środku nocy kiedy idę do łazienki. Zabrzmię jak moja mama, ale ja się po prostu nie chcę denerwować.

Póki co działa.

*robię wyjątek dla serialu Succession, gdzie czuję dyskomfort przez większość czasu ale jestem jak zahipnotyzowana. I can’t stop and I won’t stop.

2. Rób to co uwielbiasz

Tu jest trochę bardziej podchwytliwie ponieważ mam za sobą fascynacje i przelotne romanse hobbystyczne na różnych polach, gdzie to po czasie okazywało się, że w uwielbieniu byłam niesiona bardziej czyimś entuzjazmem niż swoim. Sposób na siebie, który łączyłby różne wpływy ale dawał też furtkę na to żeby się wymiksować i wytłumaczyć sama przed sobą, to nawykownik*. Dzięki temu jestem w stanie powiedzieć sobie hej, to nie słomiany zapał tylko brak brak uwielbienia. It did not spark joy, cytując Marie Kondo.

Stosuję nawykowanik trochę zgodnie z przeznaczeniem a trochę na opak. Z jednej strony, używam go aby wdrażać nawyk – naukę jęz. portugalskiego. Jest mi on potrzebny w konkretnym celu z konkretnym deadlinem więc buduję nawyk i nagradzam się zamalowaną kratką. Z drugiej strony, używam go żeby obserwować siebie i moje miłostki i pomysły. Robię sobie małe postanowienia, np. że będę chodziła na basen. Tworzę wtedy kategorię basen, i zakreślam kratkę po każdym wyjściu na basen na który mam 7 min spacerem. I wtedy widzę jak na dłoni – ok, basen to nie jest miłość mojego życia więc nie będę sobie robiła presji, żeby na niego chodzić. Wpada on do mojej mentalnej przegródki na odpały i nagłe zachcianki – ja się nie obwiniam i szukam dalej. Wszyscy są zadowoleni – i ja i ludzie którym nie blokuję toru pływackiego.

Październik u mnie wyglądał tak:

I już wiem, że spacery to moja WNM; była potrzeba na jogę w tym miesiącu więc to może jakiś trend zimowy – warto rozważyc karnet na kolejny miesiąc; książka o metodyce agile lekko przynudza; portugalski idzie mi całkiem nieźle.

Z ciekawostek, nauczyłam się też zostawiać książki kiedy mnie nużą. Kiedyś wyznawałam zasadę, że jak zaczęłam to muszę skończyć. Teraz coraz częściej daję sobie 30% na Kindlu do oszacowania czy mi się chcę dalej brnąć. Jesli nie cieszę się na myśl o przerzuceniu kilku stron przed snem, książce dziękuję i biorę się za coś innego. Po prostu nie wywoływało radości.

*Ja swój nawykownik dostaję razem z newsletterem Dr Lifestyle.

3. Realizuj swoje pragnienia.

Tu wcale nie jest łatwiej bo pragnienie to wielkie słowo które mi głównie kojarzy się tylko z tym, że chce mi się pić.

A tak serio, to podmieniłam sobie to słowo na potrzeby, a znowu “potrzeby” zdefiniowałam sobie jako to co mnie “karmi” (popularne słowo) i to co mi daje mentalnego kopa. I tutaj np w sierpniu w trakcie wakacji w PL były to dodatkowo wykupione godziny jazdy samochodem które doprowadziły do tego, że po 15 latach przerwy za kólkiem, zawiozłam się sama na wizytę u dentysty i chyba nidgy w życiu nie cieszyłam się bardziej na wizytę u dentysty. Wyjątkowo ekscytująca okazała się też wyprawa po zakupy do Lidla.

Na sezon jesień/zima 21/22 postanowiłam pójść w trochę innym kierunku i zadumać się i zapytać samą siebie za Spice Girs “Tell me what you want, what you really, really want”. Po chwili namysłu doszłam do wniosku, że mam w sobie takie irracjonalne parcie na to żeby wiedzieć wszystko. Myślę, że jest to związane z moimi talentami Gallupa, które mowią, że

“Instinctively, you have an insatiable — that is, incapable of being satisfied — appetite for information. Armed with newly acquired facts and skills, you routinely pinpoint areas where you need to make upgrades for the sake of efficiency.”

A trochę może z tym, że lubię rozumieć jak różne rzeczy działają. Pozwalam więc sobie na to i w ten sposób realizuję swoje potrzeby. W wolnym czasie oglądam więc filmy o tym jak działał kryzys giełdowy, przegladam filmiki o tym, jak Islandia walczyła o zasoby dorsza atlantyckiego z UK, sprawdzam gdzie mamy najbliższe punktu doładowywania samochodów elektrycznych (nie mam samochodu) i czytam o tym jak się przygotować do wspinaczki na Mount Everest.

Nie biję się za to po łapach bo to nieproduktywne i powinnam czytać w tym czasie książkę o metodach agile. Chcę wiedzieć kto to jest Sherpa, to chcę wiedziec, nic nikomu do tego.

*Tytuł za Spice Girls “Wannabe”

**Zdjęcie – studenckie archiwum własne, Toruń c. 2005, robione telefonem z klapką (!)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *