“Please everyone, be very thin, and dress right.”

Od marca 2020 przeprowadzam na sobie eksperyment. Celem mojej pracy badawczej jest odczyszczenie i odrestaurowanie zapomnianego dzieła sztuki jakim jest mój naturalny kolor włosów.

Na pierwszy rzut oka sprawa może wydawać się trywialna – a co to za filozofia. Zapuszczam włosy i czekam aż odrosną, a to, bądzmy realistami, w dobie pandemii i powszechnego uwięzienia w domach, jest niejako wymuszone sytuacją. Jednak po kilku miesiącach obserwowania siebie, zdałam sobie sprawę, że w tę rozgrywkę zainwestowanych jest trochę wiecej akcji niż mi się na początku mogło wydawać.

Kilka lat temu, już po przeprowadzce do Londynu, trafiłam na arytkuł “Czego nauczyłam się o kobiecości, wyjeżdżając”. Od czasu do czasu myślę o wypowiedziach bohaterek i regularnie wracam do tego tekstu, szczególnie w kontekście zbliżającej się daty 8 marca. Chcę przywołać ten artykuł i porozmawiać o moim rozumieniu mojej własnej kobiecości na przykładzie moich włosów.

Od kiedy pamiętam myślałam o sobie jako o blondynce. Jako mała dziewczynka zostałam obdarzona jasnymi lokami a w rodzinnym dyskursie utarło się, że mam blond włosy które płowieją na słońcu w trakcie wakacj i tworzą naturalne jaśniejsze pasemka. Przeskakując kilkanaście lat do przodu, na studiach, w Toruniu, idę do fryzjera i robię sobie rozjaśniaczem gęste pasemka i na kolejne 10 lat staję się niemal platynową blondynką. Chłodniejszy (u lepszych fryzjerów) lub cieplejszy (przypadkowe i budżetowe wybory) blond towarzyszy mi przez większość mojego dorosłego życia a odrosty wydają się być tak bardzo nie moje, że kiedy tylko widzę, że nadciągają, sięgam po cieższe oręże i działam. Działam bo wiem, że aby poczuć się sobą i wyglądać jak ja, należy je szybko przykryć złotą warstwą. Przez jakieś dwa lata eksperymentuję z bardziej naturalnym odcieniem, aż do momentu wybuchu pandemii. W obliczu tragedii dookoła i nagłych zmian warunków życia, wygląd zewnętrznych schodzi na dalszy plan a ja zapominam o tym, że, parafrazując Bridget Jones, “bycie kobietą jest jak bycie rolnikiem (…)” i “całkowicie się zapuszczam” w tej kwestii. Po czterech miesiącach brytyjskiego lockdownu, idę do fryzjera i mówię mu “tnij najkrócej jak się da, ale tak żeby mi się upiekła taka długość”. W tym miejscu podrzucam dodatkową informację odnośnie stanu mojej czupryny – jestem posiadaczką bardzo gęstych, grubych, wysokoporowatych, falowanych włosów, które przy nieodpowiednim cięciu układają się jak fryzura Mikołaja Kopernika (Gdyby ktoś żądał dowodów, mogę dostarczyć licealne zdjęcie legitymacyjne – serdecznie pozdrawiam panią fryzjerkę, która umożliwiła mi to odkrycie i idące za tym doświadczenie w wieku dojrzewania.)

W trakcie mojej pierwszej od 4 miesięcy wizyty, pan fryzjer spytał mnie 3 razy czy jestem pewna. Na tym etapie miałam odrosty do mniej więcej ucha i męczyłam się z długością która sprawiała, że przy objętości moich włosów, czułam się jakby nosiła na co dzień futrzany kołnierz. Byłam pewna. On mniej. I wtedy to właśnie wrócił do mnie wspomniany wyżej artykuł. To co fryzjer próbował mi powiedziec, to to, że wiele jego klientek płacze po odważnych decyzjach związanych z włosami bo czuje, że zbyt brutalnie straciło lub zmieniło część siebie. Sytuacja ostatecznie skończyła się tak, że on mi powiedział, że mam włosy jak syrena, i że może szkoda, a ja go zapewniłam, że ewentualny płacz zostawię sobie na ulicę za rogiem zakładu, żeby nie musiał na to patrzeć. Ściął kawał mojego latami ściganego blondu, który został tylko na końcach moich pasm, i zrobił miejsce na mój naturalny, mysi, płowy szary odcień.

I wtedy zobaczyłam siebie jakiej nie widziałam od dobrych kilkunastu lat. Ciężko mi byłoby siebie nazwać blondynką. Nie płakałam za rogiem, tak jak obawiał się fryzjer, ale kłamałabym gdybym powiedziała, że nie byłam trochę poruszona. Przy bardziej widocznym naturalnym kolorze, to co zwykłam nazywać “platynowymi blond kosmykami” przy czole, okazało się być siwymi włosami. Nagle to, co wydwało mi się ładnym blondem, wisiało na samym końcu moich włosów i straszyło sianowatą i spaloną strukturą. Moje włosy okazały się być błyszczące i miękkie, a nie szorstkie i suche; kolor brwi tak bardzo miał sens i fajnie komponował się z kolorem oczu. Mysie włosy, szare rozmieszane oczy.

Wzruszyłam się bo zobaczyłam jak wyglądam ja. Od kilku miesięcy ćwiczyłam zapoznawanie się z sobą samą i obcowanie z moją buzią bez wzmocnionego wyrazu oczu i bez wyrównanego koloru skóry. Włosy okazały się być ostatnim bastionem tego co o sobie myślałam.

Mieszkałam w kilku miejscach na świecie, w których zwykle byłam dziewczyną z Polski, mój kolor włosów był słowiański a ja klasyfikowałam siebie samą jako kobietę ze wschodniej Europy, która, “naturalnie” (naturalnie w stwierdzeniach innych, mniej naturalnie na moich rachunkach od fryzjera), jest blondynką. Ścigałam to oczekiwanie wobec siebie w salonach fryzjerskich w Hiszpanii, w Stanach Zjednoczonych, w Polsce i w UK. Nie powiem żebym jakoś bardzo kwestionowała tę rzeczywistość, po prostu tak było – czułam się sobą jako blondynka. Nie oceniam siebie, nie twierdzę też, że do rozjaśnianego blondu nigdy nie wrócę. Mam jednak nadzieję, że nie wrócę do tego poczucia, że jestem tożsama z moim kolorem włosów, i że to on daje mi moc i klucz do bycia sobą. Nigdy nie byłam osobą, która płacze, że ścięła włosy za krótko bo chciała przeciez tylko podciąć końcówki, ale zdecydowanie byłam (i czasami nadal jestem) tą kobietą, która czuje obowiązek założenia obcasów kiedy idzie na oficjalną okazję, i która sprawdza czy na pewno wygląda szczupło w danym ciuchu. Oduczenie się takiego dyskursu wymaga czasu, a i tak zupelnie między nami, szczerze wątpię, że kiedykolwiek się go pozbędę zupełnie. I może wcale nie muszę. Nie stoję też na barykadzie stwierdzenia, że naturalne piękno to jedyne piękno które ma rację bytu. Uważam, że fajnie wyglądam z eyelinerem i ciemną szminką i sto razy bardziej wolę widzieć moją buzię z nałożonym dobrym podkładem niż kiedy robię się czerwona z nerwów.

To do czego piję, to moja droga do swojego rodzaju wyswobodzenie się z oczekiwań wobec tego jak kobieta wygląda i się zachowuje, o której opowiadają dziewczyny cytowane w wyżej wymienionym artykule. Mieszkając w wielkim mieście przesuwam swoje granice i wychodzę do sklepu w dresie, w dresie też chodzę na spacery po centrum miasta i po ogromnym parku. Zdażało mi się wracać z siłowni bez wzięcia prysznica przez głowne skrzyżowanie londyńskiego City, chodziłam też do pracy w ubraniach które nie podkreślały mojej talii i nie wydłużały nóg. Moja ulubiona kurtka wygląda trochę jak czarny worek na śmieci ze ściągaczem i pomarańczową podszewką, a w tym roku kupiłam też płaszcz który czule ochrzciłam mianem “goryla”. Noszę też cebulę na głowie i występuję w niej regularnie na deskach mojego domowego teatrzyku którym są korporacyjne calle na Zoomie.

Bliska mi osoba, którą poznałam po jej przeprowadzce z Londynu do Warszawy, przyszła pierwszego dnia do pracy w wielkiej, niekorzystanej dla figury kurtce, krótkich potarganych włosach “na chłopaka” i bez makijażu. W morzu dziewczyn pielęgnujących znany mi z oczekiwań w Polsce model kobiecości, mega się wyróżniała. Kiedy już ją bliżej poznałam, zebrałam odwagę i spytałam kiedyś czy nie brakuje jej czasami takiego odstawienia się w makeup, obcasy i sexi kieckę. Zrobiła wtedy wielkie oczy i powiedziała “Chyba oszalałaś”.

Ostatnio często o tym myślę.

* Nie mam na celu ocenianie kogokolwiek, droga każdej osoby jest inna i zdecydowanie, jest to maraton a nie sprint. Są osoby które czują się bardziej komfortowo idąc przez życie uzbrojone w oręże ciuchów i przyłbicę makijażu, inne wolą życie bez stanika i maskary. Opisane doświadczenia i przemyśenia dotyczą tylko mnie i moich przekonań i oczekiwań wobec siebie.

Cytat tytułowy: Cinderella Ate My Daughter by Peggy Orenstein

Zdjęcie: Photo by gryffyn m on Unsplash

Author: K

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *