“When you most don’t feel like it, that’s when you need it the most”

Piszę tę notatkę siedząc przy pandemicznym, prowizorycznym biurku w sypialni, po godzinach ale na służbowym laptopie, słuchając “Lose yourself” Eminema z playlisty TBT “We Got This!” na Spotify. Niech to służy jako odpowiednia zajawka tego wpisu.

Strasznie nie chciało mi się dzisiaj wstawać żeby się porozciągać i zrobić poranną jogę. Nie zrobiłam sobie postanowień noworocznych, bo wolę nie rozczarowywać się tym jak z tygodnia na tydzień mój entuzjazm słabnie i ustępuje miejsca pracy non-stop. Poza tym przeczytałam ostatnio na stronie TED, że aby utrzymać nawyk, należy wdrażać go ustawiając poprzeczkę nisko i będac gotowym na porażkę. Chodzi o to, żeby nie spinać się wielkimi celami, nieosiągniecie których zaboli ego.

Byłam więc gotowa na porażkę od samego rana.

Mamy 7 stycznia a ja po otwarciu oczu płynnie przeszłam w kombinowanie, kokoszenie się w łóżku, włączanie drzemki i cierpienie na zapas na widok tego jaki jest na dzisiaj program na jogę z rana (“Burn” w tytule nie zachęcało o 7.20 do wyjścia z ciepłego łóżka). I szlag by trafił moją jogę gdyby nagle w mojej zamroczonej głowie nie pojawiło się tytułowe zdanie.

Nie pamiętam gdzie je przeczytałam ale musiało mną nieźle wstrząsnąć skoro przyplatało sie do mnie w trakcie porannego miotania się. Bo trzeba wiedzieć nie chcialo mi się, jak to mówi mój znajomy, silnie.

Niesamowite, że taki mały trick na mnie zadziałał i mimo, że najpierw było zimno (bo poza łożkiem) a później wcale nie było zabawnie (“Burn”…) to po mizernych 25 minutach czułam, że jestem osobą która ma a) ma silną wolę i może sobie ufać, b) robi coś dobrego dla siebie, c) zaczyna dzień od ruchu, d) I am a champion and you’re gonna hear me roar.

Jak można się domyśleć, taki impuls z rana spowodował efekt domina (Może świeżo mielona kawa? Może nie będę jadła śniadania przy biurku? Może poprzytulam się zanim zacznę pracę? Może ogarnę najbardziej oporne rzeczy z rana?).Ale najciekawszy wniosek przyszedł do mnie przy kawie, kiedy to dotarło do mnie, że poprzeczka była rzeczywiście dość nisko, bo zasadniczo chodziło o to, żeby pójść na matę. Ciuch był już wyciągnięty na biurko, telefon leżał na stole poza zasięgiem łapy będącej jeszcze w łóżku, a mata to jednak nie bieganie po parku na mrozie (true story z zeszłego tygodnia).

Myśl do ktorej dążę to wniosek, że nie ma co się spinać myśleniem o tym co będzie i jak bardzo będzie to ciężkie. Może to stwierdzenie stojące w opozycji do “Eyes on the prize” i wizualizacji sukcesu ale jeśli to nie wychodzi to warto pamiętać jest też inna droga. Ja nią podążam! Kroczek po kroczku, nie wizja K2 przede mna ale noga za nogą w obranym kierunku.

Wszak, energia z wykonania jednego kroku niejako wymusza kolejny. Fajnie o tym pamiętać kiedy się najbardziej nie chce.

PS. Może i to brzmi jak stękania korpo człowieka któremu jest tak wygodnie, że już mu się w du*głowie poprzewracało, niemniej jednak w obliczu pandemii jestem zdania, że każdy orze jak może.

Cytat: internety

Photo by daniel-burka- on Unsplash

Author: K

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *