“How to move it”

Chciałabym się podzielić moją dzisiejszą, podprysznicową refleksją dotyczącą porównywania się z otaczającymi nas ludzmi. Z porównywania się do innych mam doktorat, a z poczucia niezadowolenia z siebie habilitację, więc zaryzykuję stwierdzeniem, że moja doświadczenie uprawnia mnie do podzielenia się moją opinią w temacie.

Po porannej jodze, weszłam pod prysznic i, nie dając sobie nawet 5 minut na nacieszenie się swoją siłą woli, pomyślałam, że powinnam chyba się mocniej przycisnąć i bardziej postarać. Celowo używam tu czasownika “myśleć” a nie “czuć”. Bo akurat tego poranka czułam się ze sobą i swoim poziomem aktywności całkiem nieźle – rozruszałam nogi, plecy mniej bolały, barki trochę odpoczęły. Myśli moje jednak, jak chochliki, rozbiegły się w stronę oczekiwań względem siebie i wymyślania, że może powinnam robic coś “bardziej”, jak np. pilates albo HIIT, bo tego typu ruch lepiej wpłynie na sylwetkę.

I kiedy byłam już gotowa siebie skopać emocjonalnie za lenistwo, przyplątało mi się do głowy wspomnienie, którym chciałabym się podzielić. Wstęp będzie przydługi ale ważny dla puenty.

Kiedy zaczynałam trenować Crossfit pod koniec 2017 roku, byłam przerażona tym jak ludzie na sali treningowej wyglądają, i co robią ze swoimi ciałami i sprzętem dookoła. Bałam się, że źle wypadnę, obawiałam się tego jak wyglądam, i tego, że ci wyrzeźbieni atleci w obcisłych strojach będą patrzeć na mnie kiedy podskakuję, będą obserwować jak moje, moim zdaniem, nieidealne ciało faluje w trakcie ruchu jak rozkołysane jezioro . Subtelnym znakiem-sygnałem, że jestem nowa i raczej nie zapowiadam się, na godnego partnera do sparingowania, było to, że kiedy przychodziło do dzielenia np. stojaka do wykonywania przysiadów z obciążeniem, raczej wykonywałam te ćwiczenia z inną niedoświadczoną osobą, a nie z kimś kto wie co robi. Swoją drogą dobrze się złożyło, bo w ten sposób poznałam moją bardzo dobrą znajomą, Francuzkę, z którą dzieliłam od tego czasu 90% moich treningów.

Aby złagodzić sobie poziom stresu wywołany światem Crossfitu, na samym początku wybierałam treningi u jednego konkretnego trenera, z którym czułam się “komfortowo” (czyli najmniej mnie spinało czy pomyśli, że jestem niezdarną amebą). Któregoś pięknęgo wtorkowego trenignu, okazało się, że skillem nad którym pracujemy w trakcie rozgrzewki jest wspinanie się po linie. W życiu tego nie robiłam, i obserwując demonstrację zdałam sobie sprawę, że nigdy w życiu nie czułam, że sufit jest tak wysoko względem ziemi. Mieliśmy tylko 4 liny na sali więc musieliśmy się nimi dzielić podczas ćwiczeń. Traf chciał, że zostałam sparowana z osobą której nie kojarzyłam z kilku poprzednich wtorkowych sesji. Kobieta z którą ćwiczyłam była na oko trochę starsza niż ja, sprawiała wrażenie miłej, była uśmiechnięta i nie tworzyła dystansu w rozmowie. Przedstawiłyśmy się sobie i zaczęłyśmy pracować nad wspinaczką.

Ominę opisy tego jak nie ogarniałam koordynacji ciała na początku i zgrabnym ruchem przejdę do tego, że po kilku podejściach pod rząd, ogarnęłam jak owinąć linę dookoła stopy i jak się na niej podciągnąć tak, żeby przemieścić się trochę nad ziemię. Miałam zaciesz i radochę i byłam z siebie całkiem zadowolona. Do czasu. Po moich trzech podejściach, przyszedł czas na zmianę i na przejęcie liny przez moją współćwiczącą, która zwinnie wspięła się na samą górę, klepnęła belkę pod sufitem, i z gracją transportowała się na ziemię. Po czym potworzyła tę czynność jeszcze dwa razy, w stałym tempie. Pamiętam, że powiedziałam jej wtedy, że patrząc na nią mam wrażenie, że ten skill nie wymaga od niej wysiłku, bo wykonuje go z taką gracją. Natychmiastowo też poczułam się źle z tym, że mogłam w ogóle być zadowolona z mojego mikroskopijnego osiągnięcia bo przecież oto stoi tu koło mnie ktoś kto też dopiero się pojawił na wtorkowych treningach a jednak jest o niebo lepszy ode mnie i porusza się ze zwinnością godną pumy.

Nie mogłam jednak wtedy wiedzieć, że te kocie ruchy to nie przypadek, a ja oto właśnie porównuję się do Global Master Trainer ze sztabu Nike, osoby która ma 14 lat doświadczenia w byciu trenerem osobistym, zawodowo współzawodniczy w zawodach Crossfit i, prywatnie, jest żoną naszego trenera prowadzącego zajęcia. Nie przeszło mi nawet przez myśl, że to, że widzę kogoś po raz pierwszy na zajęciach i ta osoba jest dla mnie miła, to nie znaczy automatycznie, że startujemy z tego samego pułapu. Nie zdobyłam się na refleksję, że być może nasze drogi są różne a ja zaliczam właśnie wielkie osiągnięcie bo oto z 0% wiedzy o wspinaniu się po linie pod sufit, po 30tce właśnie nauczyłam się jak to robić i jestem na tyle silna żeby się podciągnąć. Nie miałam tego odruchu. Miałam natomiast odruch, żeby poczuć się beznadziejnie, bo ktoś byłe ode mnie lepszy, i żeby skopać się za to, że nie jestem w tym samym miejscu i nie prezentuję tego samego poziomu zaawansowania. Nabrałam się na to, że skoro coś wygląda na łatwe, to pewnie ja jestem beznadziejna skoro tego nie umiem. Nie zaprzątnęłam sobie głowy myślą, że być może wygląda na łatwe, bo zostało miliard razy powtórzone na przestrzeni lat żeby osiągnąć taki poziom płynności.

Ten wpis jest poniekąd przypominajką dla samej siebie, żeby od czasu do czasu pomyśleć o tym, że robiąc coś po raz pierwszy w życiu, potrafię porównać się z kims kto jest tej dziedzinie utytułowany i ma 14 lat doświadczenia. Uwaga, ogłoszenie, public service announcement – to naprawdę jest ok, że zaczyna się z pułapu zero, bo uczenie się właśnie na tym, trochę jakby polega. Więc kiedy joga z rana robi ciepełko w sercu to naprawdę nie ma potrzeby żeby ją zmieniać na mordercze treningi, bo zewnętrzny trend podpowiada, że trzeba być ambitnym i sobie dowalić. Kiedy ktoś sobie radzi lepiej, to nie znaczy, że zaraz należy czuć się źle i umniejszać sobie i swojemu postępowi. Świat to zrobi za nas, nie warto sobie odejmować w zasługach. Czasem warto, jak to wyczytałam tutaj, “wstać rano, zrobić sobie przedziałek i się od siebie odpieprzyć.”

W tym wpisie tytuł nie jest tak istotny co zdjęcie. Na zdjęciu jestem ja, 2 lata po wydarzeniach opisanych wyżej. Ujęcie pokazuje mnie w trakcie zawodów Crossfit gdzie podnoszę w martwym ciągu 100kg sztangę. Gdybym porównała się do Joslyn i spanikowała, nigdy nie doszłabym do tego miejsca. Gdyby tego dnia, ktoś mi powiedział, że zrobię to co zostało uwiecznione na tym zdjęciu, pomyślałabym, że mnie upupia bo wie, że to nie jest w moim zasięgu.

Swoją drogą Joslyn wydała niedawno książkę, a skoro już jej osoba stała się inspiracją do tego wpisu, podpinam owoc jej pracy tutaj.

Żeby było zabawniej, z czasem polubiłam się ze wspinaniem po linie i stałam się w nim całkiem niezła. Zajeło mi to tylko 1000500100900 powtórzeń żeby je opanować. Znajoma powiedziała mi po którymś treningu, że przychodzi mi to tak naturalnie, że byłaby skłonna pomyśleć, że nie wymaga to ode mnie większego wysiłku…

Cytat: Tytuł książki autorstwa Joslyn Thompson Rule.

Zdjęcie: Archiwum prywatne

Author: K

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *