“What we play is life”

Rozmawiałam ostatnio z moją imienniczką na temat kreatywności i podążania w życiu za tym w czym się jest naturalnie dobrym.

Z tym, że, zaznaczam, bycie naturalnie dobrym w dowolnej dziedzinie rozumiem jako niewymuszoną chęć zwracania się ku i sięgania po dany obszar. Sięgania po to by się wyluzować, po to by się zapomnieć, po nie wiadomo co ale i tak sięgania.

W trakcie wspomnianej rozmowy została mi polecona książka Julii Cameron “The Artist’s Way” z entuzjastycznym zakrzykiem “Jak to o czym pisać?! O wszystkim dookoła, wszystkim co Cię otacza!” Entuzjazm został wywołany moim stwierdzeniem z pierwszego wpisu, odnośnie moich dużych chęci-małej weny. Nie chciałam psuć nastroju ale już sam tytuł wydał mi się szczytem hochsztaplerstwa w moim wydaniu, podziękowałam więc z uśmiechem i trochę olałam temat.

Traf chciał, że w trakcie około-świątecznego spaceru trafiłam na małą księgarnię w której czekał na mnie jedyny egzemplarz tej książki na półce. Przekartkowałam tom i trochę się opierając zaprosiłam go do mojego domu… po czym entuzjastycznie rzuciłam w kąt zakładając, że czytanie książki na temat odgruzowywania własnej kreatywności to super temat, ale jakiś taki męczący… Będzie akurat “na później’.

Przeskok czasowy do obecnego, poświątecznego tygodnia kiedy to mam wolne i mogę czytać jedną książkę wieczorem, zupełnie inną rano i gazetę w trakcie dnia, jak jakiś książkowy maharadża. Wzięłam się w końcu za lekturę i zamierzam wejść na ścieżkę kultywowania kreatywności. Pomimo moich standardowych powątpiewań, plan jest taki żeby zaufać procesowi. Ogłaszam wszem i wobec, że bardzo tego robić nie lubię ale, cóż, jak się nie ma co się lubi (niekończąca się wena), to się lubi co się ma (proces któremu należy zaufać).

Zanim jednak wkroczę na ścieżkę oświecenia i surfowania na fali moich kreatywnych pomysłów, złapałam myśl mojej rozmówczyni odnośnie tego co może służyć za inspirację.

Ponoć inspirujące może być wszystko co nas otacza. Jako korposzczur z 10-letnim stażem czuję się jak kreatywna analfabetka. Już w pierwszych rozdziałach książka Julii Cameron serwuje gorzką prawdę związaną z pracą w “dynamicznie rozwijającej się firmie” (wow!) – najpierw zostaje się przyuczonym żeby nie odstawać od normy, a nastepnie regularnie zachęcanym do bycia jednostką kreatywną… teraz… na już… na wczoraj. Moje twórcze ciągoty z młodości to obecnie zgliszcza a ja się czuję jakby zastosowano na mnie taktykę spalonej ziemi w celu uniemożliwienia jakichkolwiek działań niezwiązanych z byciem pracownikiem korporacji. To oczywiście nie tyczy się konsumpcji artystycznych treści. Myślę wyłącznie o tworzeniu.

Kolejna sprawa to brak czasu na bliżej nieokreślone “dumanie”. Albo też nerwowe drganie powieki kiedy czas na dumanie teoretycznie by się znalazł, ale bacik produtywności nad głową każe myśleć, że w tym czasie lepiej byłoby sprzątnąć łazienkę (totalnie najgorsza część prac domowych, moim skromnym zdaniem). W międzyczasie Instagram wysysa ze mnie ostatki człowieczeństwa a ja radośnie klaszczę w ręce z przyzwoleniem. Kiedy tylko chcę wyjść na spacer, natychmiast szukam towarzystwa, żeby nie iść na ten spacer sama.

Sama więc się zastanawiam, o co mi chodzi z nagłą potrzebą tworzenia czegokolwiek. W zasadzie już czuję ciary żenady i osądzające myśli że ludzie borykają się z prawdziwymi życiowymi problemami a ja wymyślam jakieś bzdety. Według Julii Cameron jest to głos wewnetrznego krytyka. Głos który należy olać i dalej robić swoje. W całym kreatywnym zamieszaniu chodzi bardziej o zabawę i o pozwolenie sobie na to żeby złapać kontakt z tym co tak serio serio sprawia radość.

Nie do końca jestem świadoma co mi po tak długim czasie oderwania od tej części siebue sprawia radość, ale chętnie się dowiem. Olewam zatem krytyka i robię podejście.

Cytat: Louis Armstrong

Author: K

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *