“Man Explains Why He Let A Spider The Size Of His Face Live In His House For A Year.”

I ja go poniekąd rozumiem…

Myślę, że na początku należy zaznaczyć, że w moim przypadku nagłówek skłaniałby się bardzie w stronę “Kobieta wybiegła z domu w szlafroku krzycząc z obrzydzeniem”. Nie przepadam za owadami, pająki wywołują u mnie coś co chyba mogę tylko określić mianem “pierwotnych odruchów” (ucieczki). Nie wiem o co chodzi, to ponoć u nas rodzinne. Nie doczytałam nawet dokładnie artykułu z którego wywodzi się tytułowy cytat ze względu na zdjęcie które mnie odrzuciło od niego kompletnie. Dlatego ten wpis nie będzie o sytuacji tego mężczyzny i jego włochatego współlokatora.

To co mnie bardziej zainteresowało to ciąg skojarzeń które to zdanie we mnie wywołało. Natychmiast pomyślałam o … moim mieszkaniu. Później ciąg skojrzeń przeszedł na moje poprzednie mieszkanie, a właściwie na osobę z którą je dzieliłam. A na sam koniec, tej mało rekalsującej wycieczki, przeniosłam się w krainę wszystkich niedogodnosci które znosiłam i znoszę na co dzień.

Żyję w mieszkaniu które pieszczotliwie nazywam Igloo. Nazwę wymyslił mój chłopak, po tym kiedy wprowadził się do mnie “na chwilę, do końca kontraktu”. Chwila zmieniła się w pandemiczną chwilę i tak szcześliwie testujemy pojemność tej kawalerki w centrum metropolii od 1.5 roku. Od razu muszę zaznaczyć, że związanie z minimalistą się opłaciło, bo zmieścił się w jedną szufladę i kącik i jakoś funkcjonuje (trochę żartuję, a trochę nie). Ciekawszym jednak elementem tej układanki jest jednak obserwowanie tego na jakie kompromisy chodzimy i jak rozwija się we mnie, nazwijmy to szczerze, syndrom sztokholmski na punkcie moje kąta.

Jestem związana z tym miejscem, lubię to, że mieszkam w artystycznej dzielnicy która jest w centrum miasta, i jest z jednej strony brudna i usmarowana grafitti, a zdrugiej strony dwa kroki od finansowej dzielnicy pełnej szkła i kasy. Mam sentyment do mieszkanka, które dwa lata temu okazało się być odpowiedzią na moje pragnienie ucieczki od dzielenia codzienności z obcymi ludzmi. Okazało się też być dobrą przestrzenią na kolejny krok w mojej relacji.

To po co o tym piszę?

Chodzi mi o to, że złapałam się na tym, że sentymenty przysłaniają mi wiele dysfunkcji i brak funkcjonalności tego miejsca. Niby na logikę wiem, że coś jest jednak trochę słabe i mi nie służy, ale na emocje już tego nie chcę zobaczyć. Na każdą wadę jest wytłumaczenie:

  • okna sypialni na głowną ulicę i hałas? – ale bezpiecznie bo nie w bocznych alejkach i antropologicznie ciekawie
  • brak miejsca i wieczne upychanie rzeczy w każdy dostępny kąt i wizualny chaos? – ale wszystko jest pod ręką, sprzyja dokładnemu analizowaniu kolejnych zakupów
  • brak szuflad w niefunkcjonalnej kuchni zaprojektowanej chyba po ciemku i po pijaku? – ale wolnostojącą szufladę można dokupić przecież a mieszkanie ma duży balkon…

I tak dalej. Da się przecież fukncjonować, wystarczy pewne tematy po prostu obejść. Zupełnie jak moja współlokatorka z poprzedniego mieszkania która na widok kartonu stojącego w przejściu między pokojami, na jej drodze do kuchni, po prostu go omijała przez trzy tygodnie zmieniając wektor swoich wypraw po obiad.

Da się przecież funkcjonować, zupełnie jak z wielkim pająkiem w mieszkaniu.

Wbrew pozorom, to nie jest wpis o warunkach mieszkalnych. Cała ta sytuacja z pająkiem i pisanie tej notki dały mi do myślenia w temacie przechodzenia do porządku dziennego nad sytuacjami które nam już być może nie służą. Ile takich rzeczy robię z przyzwyczajenia, ile takich relacji istnieje bo sobie po prostu są, ile pająków ze mną mieszka a ja po prostu uważnie obchodzę je dookoła (fuj)?

Cytat tytułowy pochodzi ze strony IFL

Photo by Timothy Dykes on Unsplash

Author: K

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *