“If this is not nice, then I don’t know what is…”

Sa takie mikro momenty ktore sa po prostu przyjemne, przy okazji będąc najbardziej prozaiczną czynnoscią.

W tych momentach zdaję sobie sprawę, że wyjście z domu to był dobry pomysł. Że panta rei i wszystko co złe przeminie, tak samo jak to co dobre, więc ma to sens, żeby siętym ostatnim cieszyć.  Zdarzają się takie momenty, które umiem określić tylko wyświechtanymi  frazesami albo takimi które brzmią obciachowo i wstyd tak mówić. Gdzieś ostatnio przemknęło mi w internecie stwierdzenie, które zgrabnie ujmuje te chwile jako:  „If this is not nice, then I don’t know what is”.

Dzisiaj do kolekcji tych przebłysków codzinnej przyjemności dołączyła wyprawa po kawę.

Ostatnimi wczasy wkręciłam się w picie kawy zaparzanej w aeropresie, mielonej codziennie w ręcznym młynku (tak, wiem jak to brzmi). Dlaczego się w to wkręciłam? Bo usłyszałam w podcascie ktory miałam w słuchwkach podczas wyrabiania 10 tys kroków, że taka kawa jest po prostu dobra. Nie to żebym miała jakieś fochy na moją rozpuszczalną neskę z mlekiem (sojowym), ale słuchając o innym sposobie na picie kawy, nie wiem kiedy znalazłam się przed hipsterskim sklepem który taką właśnie sprzedawał. Później, opowiadając moją nową fanaberię znajomym i rodzinie, ujęłam to tak, że potrzebowałam hobby na czas pandemii.

To w połowia prawda. Druga częśćprawdy jest taka, że chciałam sobie sprawić przyjemność która nie byłaby jednorazowym strzałem endorfin, jak np zakupy. Chciałam czegoś co będzie długoterminowe, przekłuje się w rytuał, sprawi mi przyjemność i symbolicznie pogłaszcze mnie po głowie.

Kawa speciality i babranie się z jej przygotowaniem wydało się być tym czego szukałam, nie wiedząc nawet, że szukam.  

Już wczoraj wieczorem widziałam, że poziom kawy w worku jest na niskim poziomie i krzyczy error. Przez to, że długo pracowałam a później złapałam lenia, nie zdecydowałam się na wycieczkę do jeszcze otwartego sklepu, tłumacząc sobie, że wstanę z rana i w końcu odwiedzę kawiarnię na osiedlu. Mieszkam niedaleko dwóch kawiarni które są ze sobą przez ścianę, jedna jest oblegana, druga raczej pustawa w tygodniu, a pełna w niedzielę. Obie sąhipsterskie, obie mijam przynajmniej kilka razy w tygodniu, i obie ignorowałam, pomimo pokusy żeby wstąpić i hapsnąć jakiegos croissanta z kapucziną.

Nie wiem co mną kierowało w ambitnym planie wyjścia z domu o 7.30 rano po nowe ziarna, to się raczej nie zdarza. Joga z rana się zdarza, bieganie z rana się czaaaaaaasem zdarza, ale wyjście po zakupy? Tylko kiedy skończy się kasa na pre-paid karcie od gazu i na chacie jest zimno a z kranu leci lodowata woda.

Ale nie dzisiaj. Dzisiaj w bury, mokrawy poranek wyszłam do kawiarni niedaleko domu, weszłam do tej której logo mnie bardziej bawi i znalazłam się w sytuacji która zaskakująco mnie ukoiła. W kawiarnii było już dwóch policjantów, którzy czekali na swoją małą czarną. Byłam trzecia w kolejce, za mną jeszce dziewczyna z psem i kolejny policjant. Przypadkiem kupiłam kawę dark roast, której nie piję, przypadkiem nie zrozumiałyśmy się z dziewczyną i moje ziarna zostały zmielone, mimo, że celem wyprawy była po torbę pełną całych ziarem. Czekając na moją torbę, rozejrzałam się po lokalu o ciemnej, starej drewnianej podłodze, krzesłach obitych welurem w kolorze butelkowej zieleni. Obejrzałam ciastka, muffiny i wypieki, posłuchałam tych policjantów na służbie żartujących sobie z obsługą, popatrzyłam na psa. Dostałam pachnącą torebkę i wyszłam.

I nie mogłam się operzecwrażeniu, że nastał jakiś spokój a moje nerwy są ukojone. Nastąpiło prawie niezauwazalne klik.

If this was not nice, then I don’t know what is…

źródło cytatu: Internety

Author: K

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *